Po tygodniach protestów, zbierania podpisów pod listem otwartym i medialnych doniesień o planowanej żwirowni w Kościnie, w czwartek na antenie Radia Szczecin głos w końcu zabrał przedstawiciel Kurii Metropolitalnej Szczecińsko-Kamieńskiej. Rzecznik archidiecezji ks. dr Krzysztof Łuszczek zadeklarował w audycji interwencyjnej „Czas Reakcji” chęć spotkania z mieszkańcami. Problem w tym, że ta deklaracja pojawia się dopiero teraz — długo po tym, jak sprawa stała się faktem dokonanym, a nie zanim archidiecezja zdecydowała się wydzierżawić ziemię firmie wydobywczej.
Inwestycja ma powstać w gminie Dobra, na działce należącej do archidiecezji, którą wydzierżawiła spółka CT Szczecin, zajmująca się wydobyciem kruszyw. Jak tłumaczył ks. Łuszczek, przy podpisywaniu umowy dzierżawy dla kurii liczyły się trzy rzeczy: zgodność z prawem, odpowiednie zabezpieczenie warunków środowiskowych oraz — jak to ujął — dialog ze społecznością lokalną, na który archidiecezja ma być otwarta.
Rzecznik kurii przypomniał też okoliczności, w jakich ziemia trafiła w ręce archidiecezji ponad 30 lat temu. Chodzi o grunty słabej klasy — od czwartej do szóstej — oraz nieużytki, na których archidiecezja nigdy nie planowała żadnej budowy. Sytuacja zmieniła się dopiero przy okazji budowy obwodnicy Szczecina, kiedy do kurii zgłosiła się firma zainteresowana wykorzystaniem działki ze względu na znajdujące się tam zasoby żwiru.
Zadeklarowana otwartość, spóźniona o miesiące
Słowa o otwartości na dialog trudno dziś brać za dobrą monetę, to ewidentna próba ratowania nadwyrężonego wizerunku. Sprzeciw mieszkańców Kościna wobec planowanej żwirowni narasta od tygodni, mieszkańcy rozpoczęli zbiórkę podpisów pod listem otwartym skierowanym właśnie do archidiecezji, a wójt gminy Dobra Magdalena Zagrodzka po spotkaniu z mieszkańcami w Szkole Podstawowej w Dołujach mówiła wprost, że na obecnym etapie postępowania nie ma podstaw do realizacji inwestycji. Innymi słowy: zanim ksiądz Łuszczek zaproponował rozmowę, temat od dawna był głośny publicznie, a proces uzgadniania inwestycji toczył się bez udziału archidiecezji w jakimkolwiek dialogu z mieszkańcami.
O czym właściwie miałby być ten zapowiadany dialog? Umowa dzierżawy między archidiecezją a CT Szczecin została już podpisana — to fakt dokonany, prawnie wiążący, o którym mieszkańcy nie mieli szansy zadecydować ani nawet się wypowiedzieć, zanim zapadł. Deklaracja otwartości na rozmowę, złożona dopiero po tym, jak sprawa wywołała protesty i trafiła do mediów, wygląda więc bardziej na reakcję wizerunkową niż na rzeczywistą chęć uwzględnienia głosu społeczności w decyzji, która i tak już zapadła.
Skala sporu, o którym mowa
Warto przypomnieć, jak dużej inwestycji dotyczy cała sprawa. Według planów inwestor chce wydobyć w Kościnie około 8 milionów ton kruszyw, a szacunki dotyczące transportu mówią o 260 tysiącach przejazdów ciężarówek w okolicy. Mieszkańcy wskazują na obawy związane ze wzmożonym ruchem, hałasem, pyleniem, drganiami mogącymi uszkadzać fundamenty starszych budynków, a przede wszystkim z możliwym wpływem głębokich wykopów na wody podziemne — w tym na poziom wody w pobliskim jeziorze, które według doniesień lokalnych mediów już teraz wyraźnie się kurczy. Inwestor zapewnia, że przedsięwzięcie będzie bezpieczne dla środowiska i nie zagrozi wodom podziemnym, a większość transportu ma odbywać się drogami technologicznymi związanymi z budową zachodniej obwodnicy Szczecina, nie drogami publicznymi. Obecnie trwają procedury dotyczące wydania decyzji środowiskowej.
W tym kontekście czwartkowa wypowiedź rzecznika kurii brzmi jak gest spóźniony o kilka kluczowych miesięcy — złożony dopiero wtedy, gdy nie złożenie go groziłoby dalszą eskalacją wizerunkowego kryzysu, a nie w momencie, w którym mógłby jeszcze realnie wpłynąć na decyzję o wydzierżawieniu ziemi pod żwirownię.
Cała sprawa pokazuje przy tym coś więcej niż tylko spóźniony PR. Formalnie działka należy do archidiecezji, ale w praktyce to teren, na którym od pokoleń żyją i gospodarują ludzie z parafii — to ich studnie, ich domy i ich okolica mają ponieść realne skutki tej decyzji. Mimo to, o umowie z firmą wydobywczą zdecydowano bez pytania kogokolwiek z tej społeczności o zdanie. Dopiero gdy sprawa wybuchła publicznie, kuria przypomniała sobie o „dialogu” — co dobrze pokazuje, na czym w praktyce polegało dotychczasowe uwzględnianie głosu parafian w tej decyzji: na niczym.





