Jesiotr ma wrócić do rzek Pomorza Zachodniego. Nie chodzi jednak o jednorazowe zarybienie i efektowną akcję nad wodą, po której temat zniknie z pola widzenia. Plan jest znacznie ambitniejszy: odbudować populację gatunku, który przez dziesięciolecia zniknął z polskich rzek, a następnie stworzyć warunki, w których jego kolejne pokolenia będą mogły już funkcjonować bez pomocy człowieka. Pierwszym miejscem tego eksperymentu jest Ina, połączona z Odrą, Zalewem Szczecińskim i Bałtykiem.
To przedsięwzięcie wymaga jednak czegoś więcej niż samych ryb. Jesiotrowi potrzebne są drożne rzeki, odpowiednie tarliska, dobre siedliska i możliwość swobodnej migracji między morzem a miejscami rozrodu. W praktyce oznacza to konieczność usuwania barier hydrotechnicznych i odbudowywania całych rzecznych ekosystemów. Katastrofa na Odrze w 2022 roku dodatkowo pokazała, jak kruche potrafią być nawet wielkie systemy rzeczne i jak ryzykowne byłoby uzależnienie przyszłości gatunku od jednej rzeki.
Rozmawiamy z Tomaszem Pezoldem Kneževićem, kierownikiem zespołu Wilder Nature w Rewilding Oder Delta. Od 20 lat zajmuje się ochroną przyrody, z czego ponad 15 lat pracował w środowisku międzynarodowym, m.in. dla IUCN i WWF oraz jako niezależny konsultant w kilkunastu krajach i terytoriach. Specjalizuje się w tworzeniu i zarządzaniu obszarami chronionymi, planowaniu i finansowaniu ochrony przyrody, turystyce przyrodniczej, tworzeniu prywatnych obszarów chronionych, współpracy transgranicznej oraz obszarach Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Jesiotr zniknął z naszych wód w połowie XX wieku. Co się musiało zmienić w rzekach Pomorza Zachodniego, żeby w ogóle dało się myśleć o jego powrocie?
– Przede wszystkim zmieniło się nasze podejście do rzek. Przez dziesięciolecia traktowaliśmy je głównie jako kanały do odprowadzania wody, transportu czy produkcji energii. Dziś coraz częściej przywracamy im ciągłość ekologiczną, usuwamy niepotrzebne bariery, odtwarzamy siedliska i poprawiamy jakość wody.
Ale nie powiedziałbym, że wszystkie problemy zostały rozwiązane. Właśnie przeciwnie – przywracanie jesiotra pokazuje, jak wiele jeszcze trzeba zrobić. To gatunek wymagający drożnego połączenia między rzeką, estuarium i morzem, odpowiednich tarlisk oraz dobrej jakości wody. Dlatego jego powrót jest jednocześnie celem i bardzo dobrym testem tego, czy rzeczywiście potrafimy odbudowywać funkcjonujące rzeki.
Nazywacie jesiotra „opiekunem rzeki” i gatunkiem parasolowym. Czy da się to zmierzyć – czy są już dane pokazujące, że tam, gdzie żyje jesiotr, poprawia się stan innych gatunków?
– Tu zmieniłbym trochę perspektywę. Nie chodzi o to, że wypuszczenie jesiotra automatycznie powoduje wzrost liczebności innych gatunków. Jesiotr jest gatunkiem parasolowym dlatego, że jego ochrona wymaga ochrony bardzo dużej części ekosystemu.
Jeżeli chcemy mieć samoodtwarzającą się populację jesiotra, potrzebujemy drożnych rzek, naturalnego dna, dobrej jakości wody, funkcjonujących estuariów i bezpiecznych szlaków migracyjnych między rzeką a morzem. Odtwarzając te warunki dla jesiotra, tworzymy jednocześnie lepsze warunki dla wielu innych ryb i organizmów wodnych. To właśnie na tym polega „parasol”.
Skąd pewność, że genetycznie to ta sama ryba, która przypłynęła do Bałtyku z Ameryki Północnej kilka tysięcy lat temu, a nie po prostu wygodne uzasadnienie sprowadzenia obcego materiału zarybieniowego?
– To akurat jest bardzo dobrze udokumentowane naukowo. Analizy DNA szczątków jesiotrów znalezionych na stanowiskach archeologicznych w Polsce pozwoliły ustalić, że przez co najmniej ostatnie dwa tysiące lat dominującym jesiotrem w Bałtyku był jesiotr ostronosy, Acipenser oxyrinchus. Co więcej, badania pozwoliły porównać jego historyczny materiał genetyczny ze współczesnymi populacjami północnoamerykańskimi.
Najbliższymi żyjącymi krewnymi dawnej populacji bałtyckiej okazały się populacje z rzek St. John i St. Lawrence w Kanadzie. Właśnie dlatego materiał pochodzący od tych populacji został wskazany przez naukowców jako najbardziej odpowiedni do restytucji jesiotra w Bałtyku. To więc nie jest przypadkowe sprowadzenie obcej ryby, tylko próba odtworzenia populacji, która historycznie tutaj występowała.
Dlaczego wybór padł akurat na Inę, a nie na przykład na Parsętę albo Drawę?
– Ina nie została wybrana dlatego, że uznaliśmy ją za jedyną czy najlepszą rzekę dla jesiotra w Polsce. Jest bardzo dobrym miejscem do rozpoczęcia naszego programu.
Najważniejszym kryterium jest dla nas udokumentowana historyczna obecność jesiotra w danym systemie rzecznym. Chcemy odbudowywać gatunek tam, gdzie rzeczywiście występował, a nie po prostu wybierać rzeki, które dziś wydają się odpowiednie.
W przypadku Iny udało się dodatkowo połączyć kilka bardzo sprzyjających elementów: rzekę połączoną przez Odrę z Zalewem Szczecińskim i Bałtykiem, wieloletnie działania na rzecz poprawy jej ciągłości ekologicznej, bardzo doświadczonego partnera – Okręg Polskiego Związku Wędkarskiego w Szczecinie – oraz jego ośrodek hodowlany w Goleniowie. Jest też IGB w Berlinie, które wnosi wieloletnie doświadczenie naukowe w restytucji jesiotra.
I właśnie to jest dla nas kluczowe: połączyliśmy ludzi, wiedzę, infrastrukturę i rzekę w jeden system. Dzięki temu możemy zacząć działać już teraz.
Jednocześnie Ina jest dla nas pierwszym krokiem, a nie końcowym celem. Chcemy stopniowo skalować program w obrębie dorzecza Odry, a w przyszłości – po potwierdzeniu historycznego występowania i ocenie warunków – rozważać również inne systemy rzeczne, między innymi Drawę, a być może także Parsętę. Docelowo chodzi nam nie o pojedyncze zarybienie jednej rzeki, lecz o odbudowę trwałej, odpornej populacji jesiotra w większej części jego historycznego zasięgu.
Czy Ina jest testem – czy jeśli populacja się przyjmie, macie już w planach kolejne zlewnie?
– Tak, zdecydowanie myślimy szerzej niż o jednej rzece. Ina jest pierwszym krokiem, nie końcowym celem.
Naszą ambicją jest budowanie w dorzeczu Odry i szerzej w regionie Pomorza Zachodniego sieci miejsc, w których jesiotr (w przyszłości też inne ryby) będzie mógł być przywracany. To ważne także z punktu widzenia bezpieczeństwa populacji. Jeżeli cały program zależy od jednej rzeki, pojedyncza katastrofa ekologiczna, susza czy inny kryzys może zniszczyć efekty wielu lat pracy.
Dlatego w dłuższej perspektywie zdecydowanie lepszym modelem jest kilka funkcjonujących systemów rzecznych.
Naszym celem nie jest „zarybienie Iny”, tylko powrót jesiotra do systemu Odry i Bałtyku.
Parsęta jest dziś jedną z najważniejszych polskich rzek łososiowych. Czy jej charakter – rwący nurt, żwirowe dno – w ogóle nadaje się dla jesiotra, czy to zupełnie inne wymagania środowiskowe niż w przypadku łososia czy troci?
– Jesiotr i łosoś mają częściowo podobne wymagania, ale nie są tożsame. Oba gatunki potrzebują przede wszystkim drożnej rzeki, żeby dotrzeć z morza do miejsc rozrodu, oraz odpowiedniej jakości wody. Jesiotr potrzebuje do tarła dobrze natlenionego, twardego podłoża – żwiru, kamieni czy otoczaków – i odpowiedniego przepływu wody. Z tego punktu widzenia fakt, że Parsęta jest rzeką o stosunkowo naturalnym charakterze, z odcinkami żwirowymi i wartkim nurtem, nie jest przeszkodą, a może być atutem.
Nie oznacza to jednak, że skoro rzeka jest dobra dla łososia, automatycznie jest dobra dla jesiotra. Trzeba ocenić konkretne potencjalne tarliska, ich głębokość, przepływ, strukturę dna i przede wszystkim dostępność z morza. Dlatego Parsęta jest dla nas interesującym potencjalnym kierunkiem, ale wymagałaby najpierw takiej analizy.
Drugim warunkiem, od którego zaczynamy, jest oczywiście potwierdzenie historycznego występowania jesiotra w danym systemie rzecznym.
Drawa płynie w dużej mierze przez teren parku narodowego, z ograniczoną ingerencją człowieka. Czy taki obszar chroniony ułatwia, czy raczej komplikuje wprowadzenie nowego gatunku?
– Sam fakt, że rzeka płynie częściowo przez park narodowy, nie jest ani automatycznym ułatwieniem, ani przeszkodą. Z punktu widzenia jesiotra najważniejsze są warunki ekologiczne: drożność rzeki, odpowiednie siedliska, jakość wody i możliwość migracji między rzeką a morzem. Obszar chroniony może być ogromnym atutem, bo ogranicza część presji człowieka i daje większą szansę na zachowanie naturalnych procesów.
Z drugiej strony park narodowy oznacza oczywiście bardziej rygorystyczne zasady prowadzenia jakichkolwiek działań i konieczność bardzo dobrego uzasadnienia ich z punktu widzenia ochrony przyrody. I tak powinno być. W przypadku restytucji gatunku nie chodzi przecież o to, żeby po prostu wybrać atrakcyjną rzekę i wypuścić do niej ryby.
Dla nas punktem wyjścia musi być udokumentowane historyczne występowanie jesiotra w danym systemie rzecznym oraz ocena, czy istnieją dziś warunki pozwalające na jego powrót. Drawa jest pod tym względem szczególnie interesująca, bo jest to rzeka, do której na tarło wchodziły jedne z ostatnich jesiotrów w XX wieku oraz już wcześniej była objęta działaniami restytucyjnymi jesiotra. Dlatego, choć zaczynamy dziś od Iny, Drawa jest jednym z systemów, które chcielibyśmy brać pod uwagę przy przyszłym skalowaniu programu.
Naszym celem nie jest wprowadzanie jesiotra do nowych miejsc, tylko umożliwienie mu powrotu do tych części jego historycznego zasięgu, w których ma realną szansę ponownie stać się elementem naturalnego ekosystemu.
Wspominacie o dziesiątkach barier hydrotechnicznych na Wołczenicy czy Gowienicy. Jak wygląda pod tym względem sytuacja na Parsęcie i Drawie – ile tam jest zapór i przegród, które musiałyby zniknąć, zanim jesiotr miałby tam szansę wrócić na tarło?
– Nie chciałbym podawać jednej liczby dla Parsęty czy Drawy, bo nie mamy obecnie kompletnej, aktualnej inwentaryzacji wszystkich barier we wszystkich rzekach Pomorza Zachodniego. Bardzo dokładnie zajmujemy się tym natomiast w części regionu, w której pracuje Rewilding Oder Delta. W ramach naszych projektów zidentyfikowaliśmy i ocenialiśmy bariery m.in. w zlewniach Iny, Gowienicy i Wołczenicy i przygotowujemy usuwanie kolejnych z nich.
W przypadku Drawy i Parsęty istnieje już dużo wiedzy i prowadzono tam znaczące działania na rzecz poprawy drożności, ale przed rozszerzeniem naszego programu jesiotrowego chcielibyśmy zrobić własną, aktualną ocenę całego szlaku migracyjnego. W Drawie szczególne znaczenie historycznie miała zapora elektrowni Kamienna, która przez ponad sto lat blokowała migrację ryb; w ramach projektu LIFE została wyposażona w rozwiązanie przywracające drożność. Na Parsęcie z kolei znaczna część głównego koryta jest dziś drożna choć bariery nadal występują w systemie rzeki i jej dopływach.
Dla jesiotra nie chodzi jednak o to, żeby usunąć wszystkie bariery w całej zlewni. Trzeba wiedzieć, gdzie historycznie występował, gdzie znajdują się potencjalne siedliska i tarliska oraz które konkretne bariery odcinają do nich dostęp od morza. Dopiero taka analiza pozwala powiedzieć: te trzy czy pięć obiektów jest krytycznych i ich udrożnienie otworzy rybom kilkadziesiąt kilometrów rzeki.
To jest właśnie podejście, które stosujemy obecnie w Regionie Delty Odry i które chcielibyśmy w przyszłości rozszerzać na kolejne rzeki Pomorza Zachodniego.
Które z rzek Pomorza Zachodniego są dziś, Waszym zdaniem, najbliżej spełnienia warunków, jakich potrzebuje jesiotr – a które są od tego najdalej?
– Nie chciałbym dziś tworzyć rankingu rzek Pomorza Zachodniego, bo nie mamy jeszcze porównywalnej, pełnej oceny wszystkich zlewni. I właśnie taka analiza powinna poprzedzać decyzję o rozszerzeniu programu.
Dla nas punktem wyjścia jest przede wszystkim udokumentowane historyczne występowanie jesiotra, a następnie obecny stan rzeki: jej połączenie z morzem, drożność szlaku migracyjnego, dostępność potencjalnych tarlisk, jakość wody i siedlisk oraz możliwość prowadzenia programu w długiej perspektywie.
Zaczynamy od Iny, ale nie zamierzamy na Inie kończyć. Naturalnym kierunkiem skalowania jest cały system Odry. Bardzo interesująca jest również Drawa, gdzie działania na rzecz restytucji jesiotra były już prowadzone, a obecnie realizowane są kolejne duże przedsięwzięcia związane z renaturyzacją i poprawą ciągłości ekologicznej rzeki.
Nie chcemy jednak wybierać kolejnych rzek dlatego, że „dobrze wyglądają na mapie”. Najpierw historia występowania gatunku i analiza warunków, potem decyzja o restytucji. Naszą ambicją jest zbudowanie programu obejmującego kilka odpowiednich systemów rzecznych, a nie prowadzenie przypadkowych zarybień.
Jakie znaczenie ma ten program w świetle katastrofy ekologicznej na Odrze sprzed kilku lat?
– Katastrofa na Odrze w 2022 roku jest dla nas bardzo ważną lekcją. Pokazała, że nawet ogromny system rzeczny może zostać bardzo szybko dotknięty kryzysem ekologicznym na wielką skalę. W oficjalnych analizach po katastrofie pojawiła się zresztą kwestia tworzenia refugiów – miejsc, w których ryby mogłyby znaleźć schronienie w przypadku podobnego zdarzenia w przyszłości.
Dlatego nie chcemy odbudowywać jesiotra w jednej rzece i uzależniać przyszłości całej populacji od jednego miejsca. Ina jest początkiem. W dłuższej perspektywie chcemy mieć kilka rzek i kilka miejsc związanych z restytucją gatunku. To swoiste ekologiczne rozłożenie ryzyka.
Katastrofa odrzańska pokazała też coś jeszcze: nie wystarczy wypuszczać ryb. Trzeba odbudowywać cały system rzeczny. Potrzebujemy zdrowych dopływów, refugiów, dobrej jakości wody, drożnych korytarzy migracyjnych i naturalnych siedlisk. Dlatego program przywracania jesiotra łączymy z naszymi działaniami na rzecz renaturyzacji rzek i usuwania niepotrzebnych barier.
Ostatecznie chcemy nie tylko przywrócić gatunek, ale stworzyć populację odporną na przyszłe kryzysy. I dlatego skala całego dorzecza Odry, a z czasem także innych odpowiednich rzek Pomorza Zachodniego, jest dla nas tak istotna.
Mówicie o docelowych 100 tysiącach jesiotrów rocznie. Ile narybku, z także takiej partii zarybieniowej, przeżyje do swojego 3 roku życia?
– Nie da się uczciwie powiedzieć, że ze 100 tysięcy wypuszczonych ryb do trzeciego roku przeżyje konkretna liczba. Śmiertelność młodych ryb w środowisku naturalnym jest wysoka i zależy od wielu czynników: wielkości i kondycji ryb w momencie wypuszczenia, temperatury i przepływu wody, dostępności pokarmu, drapieżnictwa czy warunków podczas migracji.
Dlatego w programach restytucji wypuszcza się dziesiątki czy setki tysięcy młodych osobników. Nie zakładamy, że większość z nich osiągnie dorosłość. Chodzi o stworzenie odpowiednio licznej puli ryb, z której część przejdzie cały naturalny cykl: rzeka – estuarium – Bałtyk – i po kilkunastu czy kilkudziesięciu latach będzie mogła powrócić na tarło.
I właśnie dlatego tak ważny jest monitoring. Chcemy z czasem coraz lepiej wiedzieć nie tylko, ile ryb wypuszczamy, ale co się z nimi później dzieje.
Czy da się w ogóle prowadzić taki program równolegle w kilku zlewniach, czy zasoby – hodowlane, finansowe, ludzkie – zmuszają Was do wyboru jednej rzeki?
– Tak, i w dłuższej perspektywie właśnie do tego chcemy dojść. Nie chcemy budować programu uzależnionego od jednej rzeki. Odbudowa jesiotra będzie znacznie bardziej odporna, jeżeli będzie prowadzona w kilku odpowiednich systemach rzecznych.
Oczywiście nie da się po prostu zwielokrotnić liczby wypuszczanych ryb z roku na rok. Ograniczeniem jest przede wszystkim dostępność odpowiedniego materiału hodowlanego, ale również infrastruktura do podchowu, finansowanie, monitoring oraz liczba partnerów zdolnych prowadzić taki program przez wiele lat. Równie ważne jest przygotowanie samych rzek – nie ma sensu zwiększać liczby wypuszczanych ryb, jeżeli nie zapewnimy im odpowiednich warunków.
Dlatego chcemy skalować program stopniowo. Zaczynamy od Iny i kilkunastu tysięcy ryb. W kolejnym etapie planujemy zwiększyć tę liczbę do ponad 20 tysięcy. W dalszej perspektywie chcielibyśmy zbudować zdolność do wypuszczania nawet około 100 tysięcy młodych jesiotrów rocznie i równolegle rozszerzać program na kolejne odpowiednie rzeki – przede wszystkim w systemie Odry, a potencjalnie również na Drawę i być może Parsętę.
Nie chodzi więc o wybór: Ina albo inna rzeka. Chodzi o zbudowanie trwałego programu obejmującego z czasem kilka systemów rzecznych. To wymaga jednak nie tylko większej liczby ryb, ale także partnerstw, infrastruktury, monitoringu i dalszej renaturyzacji rzek.
Ile kosztuje was materiał zarybieniowy na najbliższą akcję w Goleniowie?
– Dla nas, nic. Otrzymujemy go bezpłatnie od naszych niemieckich partnerów.
Samego materiału zarybieniowego nie kupujemy. Otrzymujemy go bezpłatnie dzięki współpracy z LFA Mecklenburg-Vorpommern i IGB. To bardzo istotny wkład naszych niemieckich partnerów w cały program. Za tymi kilkunastocentymetrowymi rybami stoją lata pracy związanej z utrzymaniem stada rodzicielskiego, rozrodem i pierwszym etapem podchowu.
Natomiast cały tegoroczny cykl przywracania jesiotra do Iny kosztuje około 50 tys. euro. Obejmuje to znacznie więcej niż same ryby: transport, kilkumiesięczny podchów w ośrodku PZW w Goleniowie, infrastrukturę i jej przygotowanie, pracę specjalistów, organizację wypuszczenia oraz działania związane z budowaniem długoterminowego programu.
To dobrze pokazuje, dlaczego tak ważne jest partnerstwo. ROD nie byłby w stanie zrobić tego samodzielnie – podobnie jak IGB, LFA czy PZW. Każdy z partnerów wnosi inny element układanki. Dzięki temu zamiast kupować ryby na jednorazowe zarybienie, budujemy system, który chcemy utrzymać i stopniowo skalować przez kolejne lata.
Samice osiągają dojrzałość płciową dopiero po dwudziestu kilku latach. Czy to oznacza, że o realnym sukcesie – czyli samodzielnym rozmnażaniu się jesiotra w polskich rzekach – przekonamy się dopiero za trzy dekady, niezależnie od tego, ile rzek obejmiecie programem?
– W pewnym sensie tak – i to właśnie pokazuje, że odbudowa jesiotra jest przedsięwzięciem na pokolenia, a nie projektem na kilka lat. Jesiotry są niezwykle długowieczne i późno osiągają dojrzałość płciową. Na moment, kiedy wypuszczane dziś młode ryby powrócą jako dorosłe osobniki i skutecznie rozmnożą się w naszych rzekach, możemy więc czekać kilkanaście, dwadzieścia, a w przypadku części ryb nawet więcej lat.
Nie oznacza to jednak, że przez ten czas nie będziemy wiedzieli, czy program działa. Znacznie wcześniej możemy obserwować przeżywalność i migrację młodych ryb, ich dotarcie do Zalewu Szczecińskiego i Bałtyku, a z czasem również pierwsze powroty dorosłych osobników. Równolegle możemy mierzyć postęp w odtwarzaniu warunków, których jesiotr potrzebuje – przede wszystkim drożności rzek i jakości siedlisk.
Ostatecznym sukcesem będzie jednak moment, w którym jesiotr zacznie ponownie rozmnażać się naturalnie i kolejne pokolenia będą pojawiały się już bez naszej pomocy. Na ten rezultat rzeczywiście trzeba będzie długo poczekać.
I jest w tym coś bardzo charakterystycznego dla rewildingu: czasem rozpoczynamy proces, którego finału sami możemy nie zobaczyć. Pracujemy w perspektywie pokolenia, a nie kadencji politycznej czy okresu trwania jednego projektu grantowego.
Czasem sobie myślę, że kiedy pierwsze z wypuszczanych przez nas dzisiaj jesiotrów zaczną wracać do naszych rzek, ja będę już pewnie dziadkiem chodzącym z laską. I właśnie to jest w tym wszystkim fascynujące. Zaczynamy dziś proces, którego pełne efekty zobaczymy dopiero za kilkadziesiąt lat. W rewildingu trzeba umieć myśleć w perspektywie pokolenia.
Jeśli jesiotr rzeczywiście zadomowi się w Inie, czy to wystarczy, żeby mówić o odbudowie gatunku w skali Bałtyku, czy bez obecności w kilku niezależnych systemach rzecznych ta populacja zawsze będzie krucha?
– Nie. Sukces w Inie byłby ogromnym osiągnięciem, ale jedna rzeka nie wystarczy do odbudowy stabilnej populacji jesiotra w skali Bałtyku. Dlatego od początku myślimy o Inie jako o pierwszym kroku znacznie większego programu.
Długoterminowo potrzebujemy jesiotra w kilku niezależnych systemach rzecznych. To zwiększa liczebność populacji, ale przede wszystkim jej odporność. Katastrofa ekologiczna, ekstremalna susza czy pogorszenie jakości wody w jednej rzece nie powinny zagrozić efektom kilkudziesięciu lat pracy nad odbudową gatunku.
Dlatego zaczynamy od Iny, ale chcemy skalować działania w systemie Odry, a w przyszłości – po potwierdzeniu historycznego występowania i ocenie warunków – również na kolejne rzeki, takie jak Drawa czy być może Parsęta.
Myślimy jednak jeszcze szerzej. Rewilding Oder Delta już pracuje nad przygotowaniem dużego, międzynarodowego projektu, którego ambicją jest zaangażowanie partnerów ze wszystkich państw basenu Morza Bałtyckiego i skalowanie restytucji jesiotra na poziomie całego regionu. Jesiotr jest gatunkiem wędrownym – nie zna granic państwowych – więc jego skuteczna odbudowa wymaga współpracy dokładnie w takiej skali.
Naszym celem nie jest więc to, żeby za dwadzieścia czy trzydzieści lat powiedzieć: „mamy jesiotra w Inie”. Chcielibyśmy móc powiedzieć: „jesiotr znowu jest naturalnym elementem rzek i Morza Bałtyckiego – i radzi sobie bez naszej pomocy”. To będzie prawdziwy sukces.
——–
Tomasz Pezold Knežević – kierownik zespołu Wilder Nature w Rewilding Oder Delta, gdzie zajmuje się nadzorowaniem, kierowaniem i wspieraniem inicjatyw związanych ze zrównoważonym zarządzaniem krajobrazami leśnymi i ochroną przyrody. Tym ostatnim zajmuje się od 20 lat, z czego ponad 15 to doświadczenie międzynarodowe – w organizacjach takich jak IUCN, WWF oraz jako niezależny konsultant w kilkunastu krajach i terytoriach. Specjalizuje się w tworzeniu i zarządzaniu obszarami chronionymi – od planowania i finansowania, przez zarządzanie turystyką, po tworzenie obszarów prywatnie chronionych, współpracę transgraniczną oraz Obszary Światowego Dziedzictwa UNESCO.





