W Płocku wystarczyła jedna uchwała, przyjęta z odpowiednim wyprzedzeniem, żeby wyrok sądu przestał mieć znaczenie dla kariery urzędnika. Nikt nie złamał żadnego przepisu – po prostu napisano nowy, dopasowany pod konkretną osobę, zanim jeszcze ta osoba usłyszała ostateczny wyrok. To nie jest odosobniony przypadek jednego cwanego zarządu powiatu. To metoda, którą samorządy w Polsce stosują z rosnącą wprawą: prawo nie jest granicą, tylko materiałem do obróbki.
Sprawa sięga kwietnia 2023 roku, kiedy to zaniepokojony kierowca zaalarmował policję o pojeździe poruszającym się od lewej do prawej krawędzi jezdni. Zatrzymanym na trasie do Płocka kierowcą okazał się Sylwester Ziemkiewicz z PSL. Badanie wykazało u niego około 2,5 promila alkoholu.
Ostateczny wyrok skazujący zapadł w marcu 2025 roku, co doprowadziło do formalnego odebrania mu mandatu radnego. Zgodnie z przepisami osoba prawomocnie skazana nie może być również zatrudniona jako pracownik samorządowy, co powinno wykluczyć go z pełnienia funkcji starosty. Lokalni działacze znaleźli jednak rozwiązanie tej sytuacji. Zanim sąd wydał ostateczne orzeczenie, w powiecie zmodyfikowano statut. Przekształcono stanowisko starosty ze stałego etatu na funkcję społeczną, nieobjętą wymogiem czystej kartoteki pracowniczej, a dotychczasowe obowiązki etatowe wraz z pensją przesunięto na jego zastępcę.
Obecnie polityk nadal kieruje powiatem, a po niedawnej decyzji sądu łagodzącej zakaz prowadzenia pojazdów korzysta ze służbowego auta wyposażonego w alkomat blokujący zapłon.
Bezczelność i arogancja – to zaczyna być standardem
Różnica między łamaniem prawa a jego obchodzeniem bywa dla wyborcy czysto kosmetyczna. Radny, który głosuje za zmianą statutu, żeby kolega z partii nie stracił posady mimo wyroku, formalnie nie robi nic nielegalnego. Robi jednak coś gorszego niż złamanie przepisu – pokazuje, że przepis jest dla niego punktem wyjścia do negocjacji, a nie zasadą, której się przestrzega. Wojewoda sprawdza taką uchwałę pod kątem zgodności z prawem i kiwa głową, bo formalnie się zgadza. Nikt nie sprawdza, czy zgadza się z duchem przepisu, który miał odsunąć od władzy ludzi skazanych za przestępstwa.
Ten sam mechanizm powtarza się w mniejszej skali w dziesiątkach gmin i powiatów: konkursy na stanowiska pisane pod z góry upatrzonego kandydata, przetargi z warunkami dopasowanymi do jednej firmy, absolutoria udzielane zarządom mimo zastrzeżeń regionalnej izby obrachunkowej. Za każdym razem odpowiedź jest identyczna – wszystko było zgodne z procedurą. Procedura stała się alibi, za którym można schować każdą decyzję, nawet taką, która w oczywisty sposób służy nie mieszkańcom, tylko koledze z klubu radnych.
Najbardziej wymowna jest reakcja na pytania. Przewodniczący rady, zapytany wprost, czy nie widzi nic nieetycznego w ratowaniu stanowiska dla skazanego kolegi z PSL odpowiedział, że „to sprawa radnych i nie musi się z niej nikomu tłumaczyć”. To nie jest przypadkowy brak ogłady – to założenie, że mandat wyborczy zwalnia z obowiązku tłumaczenia się z własnych decyzji, dopóki nie skończy się kadencja i nie trzeba stanąć przed tymi samymi wyborcami jeszcze raz. Skala tego zjawiska rzadko trafia do ogólnopolskich mediów, bo każda pojedyncza uchwała wygląda na lokalny drobiazg – zmiana statutu, korekta regulaminu, techniczna poprawka. Dopiero zestawione ze sobą pokazują wzór: samorządowcy traktują prawo jako coś, co obowiązuje mieszkańców i petentów, a wobec własnego środowiska bywa elastyczne, o ile znajdzie się wystarczająca liczba głosów w radzie. Wyborcy zostają z pytaniem, po co w ogóle głosować na kogokolwiek, skoro urząd i tak potrafi sam siebie obronić przed konsekwencjami, których sam nie chce ponieść.
Police i Płock, czyli ten sam odruch
W Płocku chodziło o alkohol za kierownicą. W Policach nikt nikogo o to nie oskarża – a mimo to schemat jest identyczny co do przecinka. 10 sierpnia 2026 roku Rada Miejska w Policach zebrała się na nadzwyczajnej sesji, żeby rozpatrzyć pismo wojewody zachodniopomorskiego w sprawie mandatu radnego Wojciecha Dudka. Wojewoda wskazywał na przepływy finansowe między gminą a spółdzielnią oraz na wykorzystywanie mienia gminnego, co – zdaniem niezależnej prawniczki, do której odwoływali się radni Karina Mazurkiewicz, Waldemar Bubiłek i Tomasz Tokarczyk – rodzi uzasadnione wątpliwości prawne. Rada mimo to większością głosów uznała, że nie ma przesłanek do wygaszenia mandatu. Przy okazji tej samej sesji dopisano do porządku obrad jeszcze dwa pisma wojewody, dotyczące legalności sprawowania mandatów przez kolejnych trzech radnych. Łącznie więc cztery osoby w jednej radzie mają dziś nad sobą pytanie, na które kolejni radni odpowiadają w sposób bardzo przewidywalny: nie widzimy podstaw. Sam Dudek też mógł się zachować honorowo i sam zrezygnować z mandatu, ale tego nie zrobił, dając popisowy przykład arogancji i bezczelności, trawiącej coraz częściej polskie samorządy. Pod tym względem mógłby się wiele uczyć od byłej radnej Świnoujścia, Beaty Kastrau. Ta, mimo formalnej rezygnacji z funkcji prezesa Fundacji Animals Przystań Świnoujście w lipcu 2024 roku – mogła nadal działać w imieniu tej organizacji. Miało to wynikać z dokumentów sporządzonych podczas kontroli przeprowadzonej przez Powiatowy Inspektorat Weterynarii 16 grudnia 2025 roku, w której radna została wskazana jako osoba upoważniona do reprezentowania fundacji i podpisała się jako uczestniczka czynności. Te same dokumenty miały później trafić do dokumentacji konkursowej, dzięki której fundacja przejęła prowadzenie miejskiego schroniska dla zwierząt. Kiedy prawda wyszła na jaw, zrezygnowała z mandatu sama.
W podobnej sytuacji znaleźli się policcy radni Adam Jarema, Małgorzata Siemianowska i Jadwiga Molenda, tym radnym także „honor nie pozwolił” zrzec się mandatów i koledzy radni ich musieli bronić, mimo poważnych wątpliwości co do naruszenia prawa.
To właśnie różni sprawę policką od płockiej i jednocześnie czyni ją bardziej niepokojącą. Starosta Ziemkiewicz miał prawomocny wyrok karny – dowód trudny do podważenia, więc jego koledzy z rady musieli uciec się do zmiany statutu, żeby obejść literę prawa. W Policach nie ma wyroku. Jest tylko opinia prawna wskazująca na konflikt interesów i pismo wojewody, które można spokojnie zignorować, powołując się na brak przesłanek – zwłaszcza gdy to sami zainteresowani i ich sojusznicy w radzie decydują, czy przesłanki istnieją. Nie trzeba już kombinować ze statutem. Wystarczy podnieść rękę we właściwym momencie.
Powtarza się też ten sam język uzasadnień, który słyszało już wielu wyborców w innych miastach: rada nie widzi podstaw, rada uznaje wątpliwości za nieuzasadnione, rada powołuje komisję doraźną, żeby sprawę zbadać jeszcze raz – tym razem bez pośpiechu i, jak można się domyślać, bez większych konsekwencji. Trzydzieści dni na zajęcie stanowiska brzmi jak procedura. W praktyce daje czas na to, żeby temat ostygł, media przestały pytać, a mieszkańcy zajęli się czymś innym.
Najbardziej wymowne jest to, kto broni kogo. Radni głosujący przeciwko wygaszeniu mandatów są kolegami z tej samej rady, często z tego samego klubu, co osoby, których dotyczy sprawa. To nie jest niezależny organ oceniający cudze przewinienie – to grupa ludzi oceniająca kolegę, z którym zasiada przy tym samym stole od lat, głosuje nad tym samym budżetem i będzie razem z nim ubiegać się o reelekcję. Trudno o bardziej oczywisty konflikt interesów wpisany w samą procedurę: ustawodawca dał radom kompetencję do oceny mandatów własnych członków, zakładając chyba, że rada będzie kierować się prawem, a nie lojalnością koleżeńską.
Sprawa Ziemkiewicza pokazała, jak daleko samorząd potrafi się posunąć, gdy w grze jest wyrok sądu. Police pokazują coś bardziej podstawowego – że nawet bez wyroku, samą opinię prawną i pismo nadzoru wojewódzkiego da się zbyć głosowaniem, jeśli tylko ma się w radzie wystarczającą liczbę sojuszników. W obu przypadkach forma jest inna, ale treść ta sama: przestrzeganie prawa przestaje być czymś, co obowiązuje bezwarunkowo, a staje się kwestią większości głosów w danej kadencji.
Honor przestał tu istnieć
W Polsce „płockich i polickich” przykładów politycznej arogancji jest znacznie więcej. Oto niektóre przykłady, gdzie politycy i samorządowcy po stracie stanowisk lub pod presją spraw prawnych znajdowali intratne posady w jednostkach zależnych od ich własnych partii lub urzędów:
Marcin Jabłoński i Wielospecjalistyczny Szpital Wojewódzki w Gorzowie Wielkopolskim
Sprawa byłego marszałka województwa lubuskiego (PO) to podręcznikowy przykład „miękkiego lądowania” w jednostce podległej sejmikowi. Ów marszałek bawił się w drogowego szeryfa i doprowadził do niebezpiecznego zdarzenia drogowego.
Jak to wyglądało: Po utracie stanowiska marszałka Marcin Jabłoński znalazł zatrudnienie w szpitalu wojewódzkim w Gorzowie Wlkp. na stanowisku kierownika ds. realizacji projektów z pensją sięgającą niemal 20 tysięcy złotych miesięcznie.
W czym tkwi mechanizm: Szpital w Gorzowie jest spółką, której jedynym właścicielem i organem założycielskim jest Samorząd Województwa Lubuskiego. Oznacza to, że byly szef całego urzędu marszałkowskiego (a więc osoba do niedawna nadzorująca ten szpital i podejmująca decyzje kadrowe oraz finansowe) trafił na lukratywny etat stworzony w podległej placówce medycznej.
Wymiana radnych z Wrocławia i Trzebnicy (tzw. układ samorządowy)
Jedna z najbardziej znanych i ujawnionych przez media lokalne praktyk „wymiany etatów” między ościennymi gminami i powiatami.
Jak to wyglądało: Radni i działacze powiązani z włodarzami Gminy A otrzymywali wysokie stanowiska w spółkach miejskich czy ośrodkach sportu w Gminie B, a w zamian za to bliscy współpracownicy włodarza Gminy B trafiali na dyrektorskie etaty lub do rad nadzorczych w Gminie A.
W czym tkwi mechanizm: Przepisy zabraniają łącznia mandatu radnego z pracą w urzędzie własnej gminy. Tworzy się więc fikcyjną sieć współzależności: ja zatrudnię twojego radnego u siebie, a ty zatrudnisz mojego u siebie. Wszystko odbywa się bez łamania litery prawa, choć z całkowitym naruszeniem jego ducha.
Co łączy te wszystkie przypadki? We wszystkich tych sytuacjach schemat jest identyczny: instytucje takie jak szpital wojewódzki, miejska spółka wodociągowa czy zakłady komunalne stają się bezpieczną przystanią dla polityków, którzy z jakiegoś powodu tracą mandaty lub eksponowane funkcje. Konkursy na tego typu stanowiska są albo omijane (np. powołania do zarządów, przeniesienia), albo konstruowane pod konkretne CV polityka. Nawet głośna krytyka mediów czy lokalnej opozycji zazwyczaj nie wywołuje reakcji, dopóki układ partyjny w danej radzie trzyma większość.
Te sprawy nie są odosobnionymi incydentami — to zaledwie wierzchołek góry lodowej i dowód na to, że w polskim samorządzie pojęcie honoru oraz odpowiedzialności politycznej zostało zastąpione chłodną bezczelnością. Pokazuje to porażający pragmatyzm lokalnych układów: gdy zawodzi etyka, a prawo zaczyna ciążyć, zawsze znajdzie się kruczek i przyjazna większość głosująca. Instytucje stworzone do służby mieszkańcom stają się prywatną siatką asekuracyjną dla ludzi władzy. Dopóki sprawowanie funkcji publicznej będzie traktowane jak nienaruszalne przywilej, a nie wyraz zaufania wyborców, dopóty sprawiedliwość i zasady będą kończyć się dokładnie tam, gdzie zaczyna się interes partyjnego kolegi.





